nancy-girl blog

Twój nowy blog

Tak, ten cykl będzie zdecydowanie zabawny, tak jak zabawne są poszukiwania pracy w tym cudownym mieście.

Udałam się dziś na tzw. „Giełdę Pracy” do Powiatowego Urzędu Pracy (a raczej – bezrobocia). Nie wiedziałam kompletnie nic ponad to, że mam aplikować na stanowisko pracownika biurowego. Dziwne, pomyślałam, ale widać takie są zasady. Później okazało się, że może być jeszcze dziwniej. Pan urzędnik udzielił mi informacji – potrzebny życiorys (rozumiem) i list motywacyjny (sic!). Na moje pytanie, jak mam napisać list ów, skoro nawet nie znam firmy, do której składam papiery zdębiał istwierdził po długim namyśle – hmmmm, w takim razie cv wystarczy. Alleluja!

Wstałam o 6 rano, odprasowałam koszulę (bo przecież trzeba się pokazać, a co!), włoski, makijaż i takie tam inne. Wiadomo. W kolejce czekało jakieś 30 osób. MIło, pomyślałam, ludzie od lat 18 do na oko 50. Proszono po 2 osoby. Ludzie wychodzili, coś mówili, stwierdziłam, że nie ma sensu słuchać i się denerwować. W końcu weszłam i ja. Zdębiałam, kiedy zobaczyłam za stołem mojego przyszłego niedoszłego pracodawcę i jego wspólnika. Na oko panowie około 30, w powyciąganych sweterkach, z niedogolonym zarostem. Ciekawie się zaczyna, ale okazało się jeszcze ciekawiej, kiedy jeden z nich otworzył swą cudowną paszczę. Słowotok, jaki się z niej wydobył był – delikatnie mówiąc – na poziomie miejskiego cwaniaczka, ale nie to było najgorsze. SApojrzałam mu w zęby (a tak jakoś) i zobaczyłam – co pierwszy wystąp, a co drugi czarny. Mrrrrauuuuuuu. Na szczęśćie nie puściłam pawia na stół.
Zapytano mnie o powód braku prawa jazdy – zgodnie z prawdą odpowiedziałam, żę do jeżdżenia się nie nadaję. Na to mój przyszły niedoszły pracodawca stwierdził, że chętnie mnie przewiezie… Pozostawiłam sprawę bez komentarza. Inne babki pytano o dzieci, o plany na dzieci… A urzędnicy Urzędu Bezrobotnych siedzieli i słuchali tego ze stoickim spkojem.

Firma, do której aplikowałam (czas przeszły jak najbardziej na miejscu) zajmowała się importem aut z =e Szwablandii, potrzebny był pion administracyjny (oczywiśćie mój niedoszły nie użył tego określenia, za trudne). Robota – w zależności od poinformowania, bo każdy słyszał co innego – od grudnia albo stycznia. POprzedzona szkoleniem – albo w SZwablandii albo w Gru. Masakra.

Swoimi kanałami dowiedziałam się, że pan wykorzystywał swoich poprzednich pracowników do importowania owych aut ze Szwablandii własnymi siłami – masz samochód i jedź.

Na koniec rozmowy usłyszałam, że się spodobałam (może stąd propozycja przejażdżki?) i że się odezwą. No to niech się odzywają. Tyle że ja jakoś niezakoniecznie jestem chętna na pracę na stanowisku „nie wiem, co mam robić” w firmie „gall anonim”. Tak, zapomniałam dodać, że mój przyszły niedoszły nawet się nie przedstawił i nie podał nazwy firmy.

Nemniej jednak – pierwsze koty za płoty. Z jednej strony cholernie było to żenujące, ale z drugiej -0 jakoś podbudowało mi się ego. Nie będzie mi jakiś pierdolony sweterkowy cwaniaczek miejski z popsutymi jedynkami (o ile to były jedynki) podskakiwał. S3woją wartość trzeba znać. Obym tylko przez to nie została na lodzie. Może jestem wybredna, ale… śmiech to za małe słowo na moje dzisiejsze przeżycie. Właściwie pojawiła się u mnie tylko jedna refleksja – odnośnie Urzędu BEzrobotnych. Albo traktują ludzi poważnie, albo niech idą do piaskownicy. Chociaż… ktoś mądry powiedział mi ostatnio: „Emil, ty się nie przejmuj. Te palanty ci roboty nie znajdą:)

Z niecierpliwością (?) czekam na odcinek 2.

.

Brak komentarzy

Coś się skończyło. WArszawa już nie dla mnie, może na zawsze, może na chwilę. Wróciłam. I tak naprawdę zupełnie nie wiem, co mam powiedzieć, bo czuję tylko jedno – niepewność. Niby jestem u siebie, niby wszystko gra i jest na swoim miejscu, ale czuję się dziwnie, jakby mnie ktoś wykorzenił. Niby jestem szczęśliwa, bo to i owo w końcu zaczęło się układać, ale tak naprawdę – co z tego?
BEz pracy, ale w jej poszukiwaniu, które jest chyba gorsze niż ostatnie 24 lata mojego życia. Tak wiem, nikt nie mówił, że będzie lekko. W tym momencie pojawia się gorycz i refleksja – 5 lat studiowania na całkiem niezłej uczelni nie dało mi kompletnie nic poza 3ma literkami przed nazwiskiem. Mgr. Możesz gówno robić, a i tak nic z tego nie będziesz miał. Chwilami zastanawiam się, po co to wszystko… Kiedyś myślałam, że jak już będę tym mgr, to świat stanie przede mną otworem – zdja się, że to nie te czasy i pora otrzepać się z tej mojej naiwności. Trwałam przy niej całe życie, kurczowo się jej trzymając i nie umiem odciąć pępowiny. Może jestem jakaś nienormalna? A może to świat zwariował i wymaga ode mnie jakichś nadludzkich umiejętności? Tyle pytań, odpowiedzi brak. Zgubułam się, nie wiem, co powiedzieć, kiedy powiedzieć i jak… Może popełniłam błąd?

Re-fleksje.

Brak komentarzy

Kobieta, na którą patrzy mężczyzna…
Jest.
Kobieta świadoma męskich spojrzeń…
wygląda inaczej niż zwykle.
Kobieta, której dotykał mężczyzna…
sprawia, że inni na nią patrzą.

[]

2 komentarzy

Przerwa w nadawaniu.

Do odwołania.

Zabawne. Wręcz groteskowo zabawne. Kwiecień, słonko, pogoda jak marzenie, a ja zaprzyjaźniłam się z: łóżkiem (choć powoli zaczyna wzbudzać we mnie agresję), garścią jakichś dziwnych białawych (i nie tylko) pastylek wielkości monstrualnie rozwiniętej po Czarnobylu biedronki, których nie jestem w stanie połknąć, bo mi same wylatują z gardła, jogurtami w temperaturze pokojowej (fuj!), zimnymi kompresami i czterema kompletami piżam, które regularnie w ciągu dnia suszę i zmieniam. Nie powiem – mam dość.

Całe to badziewie spowodowało we mnie wczorajszej nocy ogromny żal i pewien rodzaj tęsknoty. A było tak: obudziłam się o 2.30, jęcząc i  widząc w pokoju jakieś cosie, co to normalnie ich nie było. Pomyślałam – nie jest dobrze. Termometr pokazał 40.1 stopni. O kurwa. I co teraz? A no nic, nikt Ci rączki nie poda, kochana, radź sobie sama. Kuchnia, zlew, zimny kompres, łóżko, przymusowe chłodzenie, myśli orbitujące wokół ciekawych cieni na ścianach. 39.3. Można żyć. Zasnęłam. Rano powtórka z rozrywki. W międzyczasie przypadkowo podpaliłam kuchnię (dla zabawy chyba, nie wiem, zagapiłam się).

Wnioski: samotność jednak nie jest taka fajna, jak mi się wydawało. Owszem, cenię sobie mieszkanie w pojedynkę, cisza, spokój, pełna swoboda myśli i ciała… Ale jak człowiek zachoruje, to nawet nie ma mu kto durnego kompresu nałeb położyć czy herbatę podać. Zdziwiłam się, ale zaczęłam przez ten jeden moment tęsknić za czasami, kiedy mieszkał ze mną brat, bo przynajmniej miałabym jakąś formę opieki. A tak? Od 3 dni radzę sobie sama, odważnie i mężnie wypinam gorącą pierś i walczę z choróbskiem. Tylko wiecie co? Zdaje się, że mam tego dość. Samotność jest paskudna, dołująca, przytłaczająca, cholernie trudna, szczególnie w takich chwilach. Nic nie poradzę.

PS. Kochani moi, którzy proponowaliście mi pomoc – jestem wdzięczna. Ale od nikogo nie mogę wymagać, żeby trwał przy mnie w nocy. To byłoby zbytnie nadużycie Waszości :)

???

Brak komentarzy

Got lost…

Coś.

Brak komentarzy

Rośnie sobie we mnie ziarenko, tkwi we mnie już od jakiegoś czasu. Coraz mniej się z nim dogaduję, chyba zaczęło się panoszyć. Przestało słuchać poleceń tej, która powołała je do życia i zaczyna mieć własną wolę. Karmione wszystkim tym, co we mnie, a czego nie chcę, rozrasta się zupełnie nie bacząc na mój sprzeciw. Może zbyt mało kategoryczny? Może przyzwalający gdzieś podświadomie na ekspansję tego Czegoś bez imienia…
Rozrasta się i wyjada od środka moje emocje, moje uśmiechy, czasami nawet resztki marzeń. Tych o szczęściu jako takim, czy tych o domu z ogrókiem gdzieś w głuszy… Żre radośnie wszystko i na miejsce wszystkiego sieje pustkę, z której wyrastają inne małe ziarenka.  rosną razem z tym dużym, wyżerają mnie od środka, nie bacząc na mój sprzeciw. Może zbyt mało kategoryczny? Może przyzwalający gdzieś podświadomie na ekspansję tego Czegoś bez imienia…
Myślę, że wiem, co to jest. Myślę, że znam i imię.
I że w końcu zeżre mnie to w całości i zostaną tylko powłoki cielesne.
Marna pociecha.

Czasami tylko chciałabym uciec od tego wszystkiego i być kimś, kim nie jestem. Kim nigdy się nie stanę. Być czymkolwiek innym, byle uciec jak najdalej od siebie samej. I pokazać Czemuś, że nie wygrało…

Zastanawiałam się ostatnio nad kobietami. Nad tym, jakie są, czego pragną, czego oczekują od mężczyzn, jakie mają marzenia i nad tym, jakie jest ich położenie w naszym społeczeństwie. Jednoznacznych odpowiedzi na te pytania chyba nie są możliwe do uzyskania, bo ile kobiety, tyle marzeń, ról, postaw. Gdybym miała spojrzeć na siebie, też nie umiałabym udzielić jednoznacznych odpowiedzi. Chociaż jest jedna – bardzo adekwatna: nie wiem.
Jaka jestem? Różna w zależności od sytuacji. Na pewno silna, zaradna. Staram się być szczęśliwa, choć szukam tego szczęścia cały czas. Często się boję o swoją przyszłość, zawsze boję się pająków, nigdy nie boję się poznawać nowych ludzi. CZasami wydaje mi się, że jestem za mało kobieca na kobietę, że często zachwouję się jak facet. W relacjach z mężczyznami jestem bardzo bezpośrednia, nie lubię owijania w bawełnę i bezsensownych podchodów. Owszem, lubię być podziwiana, uwielbiam słuchać mkomplementów, choć nie umiem ich słuchać. Ale to chyba zdaje się nie tylko mój problem – jesteśmy tak właśnie wychowani, tak nas nauczono – słuchanie pochwał od zawsze jest dla nas wszystkich niesamowicie krępujące, a już najbardziej tych dotyczących naszej physis. Myślę, że potrafiłabym być kurą domową, gotować, sprzątać (ale bez odkurzania), prać itp. Mogłabym też opiekować się dziećmi. Być żoną, kochanką, matką i w tym wszystkim zachować siebie.
Jakie mam oczekwiania względem mężczyzn? Kilka dni temu zapytana o to odpowiedziałam bez wahania – żeby jakiś był. Niemniej jednak po głębszym zastanowieniu – takie „bycie” to wcale nie jest klucz do sukcesu. Zatem, facet powinien być silniejszy ode mnie, powinien być męski, umieć naprawiać te wszystkie dziwne rzeczy, do których ja mam lewe ręce. Powinien być opiekuńczy, może trochę władczy, powinien być męski, a nie zniewieściały i rozmamłany. Powinien być właśnie takim mężczyzną, jakiego w dzisiejszych czasach usiłuje się zagłuszyć, stłamsić i wmówić, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy kobietami. Nie zgadzam się z tym i straszliwie irytuje mnie takie podejście mediów, kobiet, samych mężczyzn. Facet musi być facetem, a nie mimozą, która spoziera błagalnie w stronę kobiet, kiedy życie zaczyna sprawiać mu problemy. Niestety media wykreowały obraz metroseksualnej samco-samicy ubranej w cielesne powłoki płci brzydkiej (idiotyczne określenie, swoją drogą). Ja tęsknię ta takim Prawdziwym Mężczyzną, który będzie dla mnie oparciem.
Sądzę, że my kobiety jesteśmy same sobie w pewnym stopniu winne, bo domagałyśmy się partnerstwa (co w jakimś stopniu jest fajne), a w efekcie otrzymałyśmy produkt równouprawnienia, który z cech męskich zachował już tylko penisa (bo nawet wygląd facetów się zmienia, upodabniają się do nas). Chciałyśmy mieć kogoś, kto będzie nam pomagał w prowadzeniu domu, wychowywaniu dzieci, w zakupach etc. Odarłyśmy mężczyzn z ich męskości, z ich atawistycznych cech, a teraz podnosimy larum, że nam źle.
Ja nigdy nie popierałam takiego ideału mężczyzny – dla mnie facet powinien być facetem. W dużej mierze wynika to z faktu, że w mężczyźnie szukam oparcia, bo moje relacje z ojcem nie były nigdy silne. Nigdy nie uważałam go za osobę, która jest silna, odważna i która dawałaby mi oparcie. A teraz to się mści… Szukam. I może znajdę. Możliwe, że już znalazłam, ale teraz trzeba tylko czekać, aż wszystko się poukłada tak, jak los zechce.

Weekend dał mi do myślenia. Nie stało się nic szczególnego, wróciłam do Warszawy, niby nie zorbiłam nic nadzwyczajnego przez te 5 dni, ale dostałam olśniena czy czegoś w tym rodzaju. Wnioski są proste – bez przyjaciół byłabym nikim. A już na pewno nie byłabym tym, kim jestem teraz. Przyjaciele są najpiękniejszą rzeczą, jaka mogła mi się w życiu wydarzyć. Są dopełnieniem tej części mnie, o której czasami zapominam, a która daje mi tak wiele radości. Są uśmiechem w smutku, chusteczką w płaczu, głupawką w najmniej odpowiednich momentach, słowem, radością i czymś, co bardzo cenię. Aż wstyd, że wysnuwam takie wnioski dopiero teraz, ale chyba to był ten moment, w którym pewne rzeczy zrozumiałam. I nieważne, gdzie będę jutro, za miesiąc czy rok. Nieistotne zupełnie, bo wiem, że Oni będą ze mną.
Kochani – dziękuję za wszystko :)

……..

Brak komentarzy

Dziwność permanentna. Onomatopeiczna wręcz, nierealna, cytrynowa… Spotkać się w nieodpowiednim czasie i miejscu – wielka sztuka. Oddać się temu bez reszty – jeszcze większa. Aż strach bierze, że już niedługo to się skończy, możliwe, że za niecałą dobę. Pytanie czy trwać będzie gdzieś w czasoprzestrzeni, gdzieś między punktem A i B. I czy jest punkt C, punkt styczności… Chciałoby się zatrzymać i nie pozwolić na to, co każdy zrobić musi, nie pozwolić  realizować narzuconych przez okoliczności planów. Przymus – tak, to idealne słowo. Labirynt bez wyjścia, ślepa uliczka, zaklęty krąg… Ale warto.


  • RSS